Echa egzorcyzmu nad Polską. Wypowiedzi i refleksji ciąg dalszy…

Otrzymujemy liczne maile, w których ludzie dzielą się wrażeniami, dziękują i … proszą o jeszcze. W tym wpisie będziemy umieszczać takie echa tego egzorcyzmu.

1) Wiosna Kościoła napisał:
Dziękuję ks. Adamowi S. i wszystkim kapłanom, którzy podjęli z nim modlitwę uwolnienia. Dziękuję im za ich odwagę, ponieważ nie okazali się anonimowymi kapłanami, lecz poświadczyli swoją wiarę swoim nazwiskiem.
Co mnie utwierdziło w prawdziwości tego przekazu otrzymanego przez osobę uprzywilejowaną:
1. Matka Boża bardzo szybko prosiła kapłana o tę modlitwę, tzn. nie dała czasu szatanowi na zorganizowanie większego ataku.
2. Matka Boża powiedziała, że umocni te modlitwy jako Matka Boleściwa stojąca pod krzyżem. Dokładnie te same słowa powtórzył prowadzący Apel Ojciec Paulin, przecież osoba uprzywilejowana nie mogła znać treści rozważań.
3. Można powiedzieć, że inicjatywa była jak najbardziej „oddolna” zainspirowana przez Matkę Bożą, co często sprawdzało się podczas objawień, kiedy zwracała się ze swoimi prośbami do pastuszków, prostych zwykłych dzieci.
Jestem przekonany, że tacy kapłani, oraz wierzący, którzy odpowiedzieli na Apel Maryi, są prawdziwymi Maryjnymi dziećmi. a nie tymi, którzy w danej chwili uciekli i pozamykali się „ze strachu przed żydami”

Pozdrawiam i dziękuję
WK

2) Ksiądz Stanisław Małkowski: 
Chwała Panu! Wiem, kto jest tą osobą uprzywilejowaną, która otrzymała przekaz i właśnie dlatego z taką radością podjąłem tę inicjatywę modlitewną w łączności z księdzem Skwarczyńskim i z wszystkimi Kapłanami dobrej woli.

3) z maila od H.J:

Napisz mi o modlitwie  Apelowej na Jasnej Gorze w dniu dzisiejszym. Wiele osób poinformowałam i zwerbowałam. Teraz są pytania, czy takie egzorcyzmy będą jeszcze w przyszłości. Tak regularnie…

4)  z maila od Joan Z
Prosimy tez o włączenie modlitwy za ograniczenie dzialanie mocy szatana nad Polakami mieszkającymi w Anglii i nad Anglia.
Dziękujemy i pozdrawiamy,
Wszystko moge w Tym ktory mnie umacnia.
JZ

5) od Ks. Stanisława K.
Włączam się w tę inicjatywę i dziękuję Bogu, że takie inicjatywy się rodzą. Chwałą Panu. Ewo wiesz,  że na mnie zawsze możesz liczyć

W miarę napływania świadectw, próśb, opinii, będziemy je nadal tu zamieszczać.. Wszystkim bardzo dziękujemy a teraz pomódlmy się, aby ta inicjatywa rzeczywiście nie była jednorazowa lecz stałą i regularna.

6) od Wera: 
Zgadzam się, ja nawet, gdybym usłyszała, że ks. Piotr odprawia taki egzorcyzm, chętnie bym się włączyła duchowo z tak szlachetną intencją, chociaż nie jestem Rycerzem, a sposób wypowiedzi ks. Piotra nie zawsze pokrywają się z moimi odczuciami….Już nie wspomnę gdyby taką inicjatywę podjął kard Nycz, albo kard Dziwisz, to bym wysłała na jego eimailka :)

Przeżyjmy to jeszcze raz i porównajmy (Admin nagrał cały Apel Jasnogórski)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wydarzenia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Echa egzorcyzmu nad Polską. Wypowiedzi i refleksji ciąg dalszy…

  1. Małgorzata Z pisze:

    Katolickość rugowana w Polsce z życia publicznego!

    Można było się wszystkiego spodziewać w nowej Polsce, ale nie tego, że Kościół Katolicki będzie skuteczniej niż za PRL rugowany z życia publicznego w naszym kraju.

    Być może wina leży też w samych najwyższych strukturach instytucjonalnego Kościoła Katolickiego, który był uwikłany w przekształcanie PRL w PRL-bis… bez lustracji, rozliczenia części samego kościoła za haniebny okres komunizmu. Nie dokonano tego na początku lat 90-tych a dziś tamto zaniechanie mści się okrutnie: wielu prominentnych biskupów i hierarchów KK w Polsce jest uwikłanych w pierwotne zło oraz ubezwłasnawolnianych okrągłostołowym kłamstwem założycielskim III RP. Uwikłanie w zło nigdy nie zrodzi dobra, nawet u duchownych lub też pseudoduchownych. Szkoda braku tego samooczyszczenia, ale sądzę, iż część np. TW wśród obecnych biskupów zrobi wszystko, aby prawda umarła wraz z nimi. Rodzi to też brak podstaw moralnych do nawoływania do prawdy, co było widać po niemal pewnym morderstwie smoleńskim, usuwaniu smoleńskiego krzyża w Warszawie czy też moralnej bierności wobec obecności satanistycznego artysty Nergala w TVP (tak naprawdę był tylko jeden zdecydowany sprzeciw biskupa włocławskiego).

    Sądzę jednak, że czas na prawdę jest dobry w każdym momencie a taka prawda na temat KK w okresie komunizmu skutecznie wytrąciłaby obecnej władzy wszelkie argumenty np. szantażu ujawnieniem teczek. Postawa skruchy, ujawnienia prawdy, zadośćuczynienia może być – szczególnie w okresie Wielkiego Postu – zresztą dla wszystkich winnych przejawem zwycięstwa prawdy nad kłamstwem, dobra nad złem, silnego moralno-etycznego kręgosłupa nad zgruchotanymi kręgami łajdactwa.

    Ale dziś przecież najbardziej niszczy się polską katolickość tak naprawdę nie w biskupich gabinetach. Proces ten dotyczy zwykłych ludzi, zwykłych kapłanów i Kościoła jako wspólnoty wiernych wokół własnej religii, nadziei i miłości. Ma on wiele kierunków i realizowany jest w zakresie wielu obszarów jednocześnie. Dzieje się tak też m.in. z powodu unijnej laicyzacji Europy i podważania przez UE jej chrześcijańskich korzeni. W Polsce zaś przybrał szczególną formę „frontalnego ataku” po śmierci bł. Jana Pawła II. Nasz Papież – najznamienitsza polska postać historyczna – skutecznie powstrzymywał polskich i globalnych postkomunistów oraz laickich hedonistycznych i nihilistycznych etatowców ideowych przed uzewnętrznianiem przyszłych ich obrzydliwych zamiarów, choć już przecież w 1981 roku B. Geremek jakoś szczególnie nie darzył sympatią „Matki Boskiej w klapie”.

    Obecnie już bez żadnych oporów dokonuje się przymusowej (choć nie siłowej) laicyzacji Polski – chyba jeszcze ostatniego bastionu powszechnego katolicyzmu europejskiego! Ten atak teraz przybrał na sile w przypadku chęci likwidacji Państwowego Funduszu Kościelnego, lecz wydaje mi się, iż „rozdmuchanie” tej sprawy ma na celu odwrócenie uwagi i spowodowanie odsunięcia przez biskupów na dalszy plan sprawy obrony TV TRWAM…

    Media przecież dziś są najpotężniejszym nośnikiem nie tylko informacji, ale przede wszystkim kreatorem postaw życiowych jej odbiorców. Marginalizacja TV TRWAM usunie ostatni i jedyny już powszechny prawdziwie katolicki głos z polskich domów… gdzie od wieków króluje (królowało?) chrześcijaństwo…

    Jestem katolikiem i nie życzę sobie aby pozbywać mnie źródła krzewienia idei katolickiej nauki społecznej opartej o wiarę i prawdę. Z powodu braku dostępu do kanału poprzez satelitę systematycznie oglądam tylko wybrane programy tej stacji, ale wiem, że miliony widzów robi to często regularniej, spędza z nią wiele godzin dziennie i bez niej nie wyobrażają sobie kolejnego dnia. Zapewne też liczba widzów TV TRWAM zostałaby zwielokrotniona w momencie możliwości jej powszechnego odbioru cyfrowego (to jest ten argument strachu?). Wyrażam jednocześnie moje najszczersze ubolewanie, że dane mi jest po raz kolejny realnie przekonać się, iż – pomimo wysokich jakościowych norm unijnych – przypisana demokracji powszechność równego traktowania prawnego obywateli i instytucji, wolność słowa i wypowiedzi może jednak w określonych warunkach PRL-bis być jedynie iluzją wynikającą z perfidnej choroby niemal całości naszych elit politycznych a nazywanej przeze mnie zespołem: „marksistowskiego homo sovieticusa” występującego wraz z przewlekłą infekcją w postaci „totalitarnej agresji ogłupiającej politpoprawności”.

    Niedawno też pisałem o usunięciu z ramówki TV Publicznej serialu „Plebania”, w którym było „swojsko, dobrze, miło, katolicko i tradycyjnie po polsku” a przede wszystkim Kościół Katolicki był przedstawiany w miarę pozytywnie i obiektywnie. Teraz mamy do czynienia z powolnym marginalizowaniem serialu „Ojciec Mateusz”, co jest tym dziwniejsze, że serial ten był w pierwszej trójce najchętniej oglądanych polskich seriali. Usunięcie z tasiemca głównego bohatera (zaiste kuriozalna decyzja!) niechybnie wpłynie na powolne obniżenie tej oglądalności, co zapewne może dać asumpt do podjęcia decyzji o jego usunięciu z anteny… Jest to zabieg tak oczywisty, że aż hipokrytycznie śmieszny i infantylny. Poza tym „nowy bohater” już nie wzbudza tak pozytywnych konotacji jak tytułowy Ojciec Mateusz, co też jest działaniem wymierzonym w image polskiego księdza katolickiego i całego kościoła. Dodatkowym motywem usunięcia z serialu Artura Żmijewskiego było też być może jego zaangażowanie się w promocję polskich SKOK-ów a wiadomo, że dla międzynarodowego lobby finansowego (egzystującego w postaci banków w Polsce) SKOK-i są instytucją znienawidzoną. Wiele przecież tych banków finansuje przemysł medialny… Ot i upieczono „dwie – cielęce oczywiście – pieczenie na raz”.

    Też przed kilku tygodniami pisałem o telewizyjnej inwazji okultyzmu, satanizmu, wróżbitów, itd… W wielu właśnie serialach pojawiają się sceny zabobonów, wiary w przeróżne talizmany i czarodziejskie moce sprawcze. Są nieraz przedstawiane niewinnie lub zabawnie, rzadko w kontekście negatywnym. Ostatnio w serialu „Na dobre i złe” przezabawnie wyglądało przywiązanie przez lekarkę czerwonej tasiemki do łóżeczka nowo – narodzonego dziecka (chroniąca niby przed złem i czarownicami). Zresztą serial ten od jakiegoś czasu obfituje w zadziwiające rozwiązanie scenariuszowe. Wprowadzono do serialu np. bardzo pozytywną bohaterkę -Hanę, Żydówkę z Izraela, która jako ginekolog rozdaje jednak syjonistyczne talizmany szczęścia i zamiast „Dzień Dobry” gaworzy nieraz „Szalom”. Jest to o tyle dziwne, że judaizm (podobnie jak chrześcijaństwo) wyklucza w imię „Pierwszego Przykazania” wiarę w sprawczą moc różnych talizmanów i amuletów oraz innych „bożków zła”*… a może chodzi tu o jakąś formę syjonistycznej kabały lub jakieś inne „coś tam obowiązującego od masońskiego czwartego stopnia wtajemniczenia”**.

    http://niepoprawni.pl/blog/756/katolickosc-rugowana-w-polsce-z-zycia-publicznego

  2. Małgorzata Z pisze:

    20 tysięcy – Gdańsk

    Mszą św. w Bazylice Św. Brygidy, o godzinie 11, w Gdańsku, rozpoczął się protest, którego bezpośrednią przyczyną jest odmowa KRRiT, umieszczenia TV Trwam w systemie nadawania dostępnym dla odbiorców telewizji naziemnej. To już kolejna taka demonstracja w kraju, tym razem zgromadziła około 20 tyś. uczestników. Oprócz mieszkańców Trójmiasta, przybyły także zorganizowane grupy ze Słupska, Wejherowa, Lęborka, Chojnic i Tczewa. Zwłaszcza ta ostatnia zwracała uwagę, ciepło powitana przez pozostałych, zebrana pod sztandarem 18 Tczewskiego Batalionu Moherowych Beretów.

    Morze flag narodowych, transparentów, banerów i haseł (głównie antyrządowych), w ilości nie pozwalającej ich tu choćby w połowie wymienić, wzniesione w rękach starszych i młodszych Polaków, przedefilowało od Św. Brygidy pod sławny pomnik Trzech Krzyży, trasą dobrze znaną „weteranom” pierwszej Solidarności, których nie zabrakło i dziś.

    Przemarsz, zabezpieczany minimalnymi siłami policji, odbył się spokojnie i bez incydentów, budząc spore zainteresowanie wśród nielicznych, mimo ładnej pogody, przechodniów. Taką samą absencję wykazały media tzw. głównego nurtu, zupełnie niewidoczne, za wyjątkiem lokalnej TV Gdańsk, której reporter, wraz z kamerzystą, wbili się kołkiem w nurt maszerujących.

    Śpiewano pieśni religijne i patriotyczne oraz dwukrotnie Hymn Polski. Nastrój ogólny, co może nieco dziwić, korespondował z wiosenną aurą i ciepłym słońcem. Powszechny śmiech wzbudziło przypomnienie osławionego skoku Lecha Wałęsy przez płot, przywołane przez przemawiającego Wojciech Reszczyńskiego. Ale były też mocniejsze akcenty, jak wystąpienie Alojzego Szablewskiego, byłego stoczniowca, uczestnika strajku sierpniowego i działacza pierwszej Solidarności, byłego posła, który przypomniał, i odniósł do rzeczywistości dnia dzisiejszego, 21 postulatów. Tak samo dobitnie brzmiały słowa Antoniego Macierewicza, cytowane w relacji na portalu wPolityce.pl:

    „Czy byłaby możliwa ta walka z Kościołem, o której trafnie powiedział Jarosław Kaczyński, że to walka z Polską? Czy byłaby możliwa próba odebrania koncesji Telewizji Trwam, gdyby nie zbrodnia smoleńska? Czy byłoby możliwe to, co się dzieje, gdyby nie kłamstwo smoleńskie? Czy byłoby możliwe to, co się dzieje, gdyby żył prezydent Lech Kaczyński i cała polska elita, która tam zginęła i poległa? To by nie było możliwe”

    Głos zabrali, prócz wymienionych wyżej, Andrzej Jaworski (poseł z ramienia PiS) oraz Pani Gertruda Szumska (były poseł i organizator marszu).

    Zebranie na placu pod pomnikiem Trzech Krzyży trwało do godz. 14,30. Zakończone zostało modlitwą, poprzedzoną dwiema piosenkami Pana Andrzeja Kołakowskiego, wykonanymi osobiście przez ich autora.

    http://niepoprawni.pl/blog/475/20-tysiecy-gdansk

  3. Małgorzata Z pisze:

    BUDAPESZT 16-03-12. ROZMÓWKI WĘGIERSKO-POLSKIE

    Nazajutrz. Dzień po pełnym emocji węgiersko-polskim przemarszu ulicami Budapesztu i demonstracji pod Parlamentem czujemy się solidarnościowo i patriotycznie spełnieni. Czas na mały węgierski rewanż. Zbliża się południe. Zastanawiamy się, co poza ciągiem dalszym rocznicowych obchodów ma nam do zaoferowania o tej porze Budapeszt. W czteroosobowym męskim gronie postanawiamy skorzystać z term u podnóża góry Gellerta. Po drodze, na ulicy i na moście, przypadkowi ludzie widząc nasze polskie emblematy i trójkolorowe kokardy szeroko się uśmiechają i dziękują za naszą obecność. Na miejscu do wyboru mamy łaźnię parową i kilka basenów z wodą z głębi ziemi o rożnej temperaturze. Zanurzamy się w dziewiętnastowiecznym basenie wypełnionym wodą o temperaturze 36 stopni. Poza nami ze znanego dobrodziejstwa drugiej c.k. stolicy korzysta kilku Węgrów w wieku pomiędzy czterdziestką a sześćdziesiątką. Rozmawiamy między sobą. Przyglądają się nam z wyraźnym zainteresowaniem. Po jakimś czasie jeden z nich przybliża się do nas i upewnia się, czy jesteśmy Polakami. Nie ma najmniejszych wątpliwości. Rozpromieniony, może sześćdziesięcioletni mężczyzna podaje każdemu z nas dłoń i chwali się znajomością kilku polskich słów. Oczywiście odwzajemniamy mu się. Nawiązujemy rozmowę. Próbujemy trochę po angielsku, trochę po niemiecku. Z wysiłkiem szukając wyrazów opowiada nam o wszystkich węgierskich nieszczęściach. O Turkach, o Austriakach, o sowietach, no i o Unii Europejskiej. Tak się składa, że nie musi nam zbyt wiele tłumaczyć. Potem zmieniamy basen, wchodzimy do źródła o temperaturze 38 stopni. Po chwili zbliża się do nas mężczyzna w wieku naszego poprzedniego rozmówcy. Przedstawia się i pyta, z jakich miast jesteśmy. Mówi płynnie po polsku. Jego małżonka jest Polką. Pierwszy raz był w Polsce już w latach sześćdziesiątych. Wspomina polsko-węgierską solidarność z 1956 roku. Najwięcej czasu poświęca fatalnemu dla Węgrów traktatowi z Trianon. Dowiadujemy się, że przed wybuchem I wojny światowej Węgry miały większe terytorium niż dzisiejsza Polska. Wymienia wszystkie historyczne krainy, z których stratą musieli się pogodzić, mówi o milionowych mniejszościach węgierskich w ościennych państwach. „Ale największy problem mamy ze Słowakami, oni są najgorsi. Oni są dla nas tak, jak Ruscy dla was”. Jego opinię pozostawiliśmy bez komentarza. Mnie przypomniał się człowiek, który dzień wcześniej podczas przemarszu ulicami Budapesztu podszedł do pozdrawiającej nas grupy Węgrów i, ściskając ich wyciągnięte ręce, zwrócił się do nich po polsku: „Uważajcie na Viktora Orbana, zróbcie wszystko, żeby nic mu się nie przydarzyło!”. Oby mogli go zrozumieć.

    http://niepoprawni.pl/blog/1925/budapeszt-16-03-12-rozmowki-wegiersko-polskie

  4. Małgorzata Z pisze:

    Relacja z Budapesztu Z. Korusa na „Niezależnej”

    WĘGIERSKIE WZRUSZENIA

    Wielki wyjazd na Węgry 15 marca z okazji rocznicy Wiosny Ludów 1848-49, gdy to Madziarzy (wraz z emigrantami-Polakami) postanowili wybić się na niepodległość, okazał się przeżyciem tak mocnym i wstrząsającym, że doprawdy niełatwo jest się tymi emocjami podzielić z czytelnikami, ciekawymi jak to nam w tym Budapeszcie poszło.

    Jechałem autokarem ze Śląska, w którym znaleźli się przedstawiciele 23 miast aglomeracji; inicjatorem skrzyknięcia się członków działających w Strefie Wolnego Słowa był Rajmund Rusin z Knurowa, szef klubu „Gazety Polskiej Ziemi Gliwickiej”, do którego zgłosili się inni współorganizatorzy – m.in. Solidarni 2010, związkowcy NSZZ „Solidarność” z Siemianowic i wiele innych podmiotów patriotycznych.
    Po drodze do Budapesztu mieliśmy stały kontakt z grupą z Wilna (pomogli nam dowieźć uczestnika, gdy zabrakło miejsca w naszym autobusie), którzy wzięli udział w tym przedsięwzięciu na zaproszenie Solidarności Walczącej (Wydział Wschodni) z Katowic.

    Do autobusu przytaszczyłem z lękiem, czy się w którymś luku zmieści, jeszcze lepiący się od niedoschniętej farby, spory baner zawieszony na długaśnych kijach bambusowych, zrobiony z wielkiej mapy Polski. Umieściłem napis „Hungary Bravo!” na kartograficznym awersie oraz hasło na odwrocie: Magyar barátok veletek vagyunk (co tłumaczy się „Bracia Węgrzy jesteśmy z Wami”) na tle różnych symboli mających oznaczać proces odzyskiwania tożsamości: w tle tekstu kolory węgierskiej flagi (czerwono-biało-zielonej) pigment amarantowy podmywał seledyn i na odwrót, a biel nie była klarownie czysta. Ponadto techniką wcierki wydobyłem z tła symetrycznie odwrócone znaki waluty euro, którą się gra z narodami niby marchewką i kijem.

    Kiedy rano, niemal na ostatnią chwilę, znaleźliśmy się na miejscu zbiórki, gdzie o godz. 9,00 miały się zacząć poranne uroczystości, 16 węgierskich autokarów już stało pustych; zdążyło z nich wysiąść ponad 800. pasażerów, naszych najwierniejszych czytelników, których dowieziono z dworca Nyugati, gdzie przybyli specjalnym warszawskim pociągiem PKP Intercity. Las dwujęzycznych transparentów, narodowych flag i tablic z symbolami odwołującymi się do aspiracji wolnościowych narodów z Europy Wschodniej zapierał dech, gdy wpuszczono nas do ogrodu przed gmachem Muzeum Narodowego w stolicy Węgier.
    Do zgromadzonych mieszkańców i przyjezdnych z Polski (w sumie przybyło nas ok. 5000 osób) przemawiał Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej” oraz burmistrz Budapesztu. Podkreślali wspólne tradycje niepodległościowe i walory historycznej bezkonfliktowej unii (ze wskazaniem także na powiewające na placu flagi Litwinów). Gospodarze zaprezentowali ponadto wzniosły program artystyczny o wydźwięku patriotycznym.

    Potem uformowano polski pochód, który manifestacyjnie ruszył przez pół miasta w kierunku Wzgórza Zamkowego, skąd miał się rozpocząć popołudniowy główny przemarsz pod parlament, zaplanowany w ramach oficjalnych uroczystości państwowych. Szliśmy bez uczestników z pociągu, których w tym czasie odwożono do hoteli; spojrzałem za siebie i nie mogłem uwierzyć własnym oczom: kilkusetmetrowa białoczerwona rzeka ludzi i materii w centrum Budapesztu miała prawo gospodarzy (ale i nas samych) emocjonalnie zdetonować.
    Ten pierwszy kondukt był dla polskich uczestników szokiem – a to dopiero było preludium do przeżyć, jakie czekały nas potem. Liczne oklaski ze strony przechodniów, głośne owacje łamaną polszczyzną i okrzyki znanej rymowanki o naszej tradycyjnej zażyłości: Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki ( Lengyel, Magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát) z otwartych okien na piętrach, uśmiechnięte twarze policjantów pilnujących porządku (jakże odbiegające od gęb naszych buców spod pałacu prezydenckiego w Warszawie) – to naprawdę robiło wielkie wrażenie, że droga obrana przez Węgrów i ich przywódcę, Viktora Orbana, choć niebezpieczna, bo bezpardonowo atakowana i wyszydzana przez eurokratowską bolszewię, jest właściwa i słuszna, gdyż cieszy się takim zrozumieniem u patriotycznej części przybyłych nad Dunaj znad Wisły.

    Około godz.13.30, kiedy śpiewaliśmy ” I Kadrową” a związkowcy z „Solidarności Górniczej” wznieśli malowniczy las flag na bardzo wysokich teleskopowych wędkach, zaproszono właśnie nasz śląski autokar do otwarcia pochodu. Maszerowaliśmy dumnie i godnie tuż za reprezentacyjnymi wojami na koniach, jeźdźcami w historycznych strojach, w rytm bębnów i muzyki odwołującej się do dziejów wielkiego oręża Madziarów z czasów swej świetności rozciągającej się od Bałkanów po Bałtyk.

    Piękne słoneczne, niemal upalne popołudnie nad Dunajem, widoki zapierające dech w piersiach, zwłaszcza przy przemarszu przez urzekający most łańuchowy nad rzeką, entuzjazm gospodarzy, okrzyki przechodniów „Boże błogosław Polsce” i nasze „God bless Hungary”, naturalnie wyrażane gestami i mimiką bezpieczeństwo zagwarantowane przez służby porządkowe – miałem wrażenie, że uczestniczę w spektaklu, gdy czas nagle upływa na wolniejszych obrotach, bo musi wpisać w swój bieg niepojęte zjawisko retardacji i retrospekcji; że jestem pośród jakiejś historycznej rekonstrukcji nawiązującej do skrzykiwania się ku wolności narodów w czasach Wiosny Ludów i atmosfery zgromadzeń podczas pielgrzymek Jana Pawła II.
    Co chwilę ktoś z nas dostawał jakiś prezent, drobiazg, pamiątkę – a to monetę z długowiecznym bohaterskim Kossuthem (1802-1894), to znów ozdobnie emaliowaną odznakę z patriotycznymi emblematami, maskotki dla dzieci, rozmaite kotyliony, czy też najzwyczajniej kanapki, napoje, ciasteczka, cukierki, a nawet zdarzyły nam się kilkakrotne zaproszenia (u bratanków nobles oblige) do napicia się sznapsa mocnej palinki z metalowych piersiówek. Spotykane po drodze babcie z wnuczkami u boku płakały – ten liczny i stale powtarzający się obraz wzruszonych do łez mijanych Węgierek, zapewne do dziś boleśnie pamiętających rodzinne ofiary komunistycznego mordu w 1956 roku, dławił krtań każdego, nawet największego przybyłego z Polski twardziela. Najbardziej spektakularnym prezentem, jaki otrzymał nasz autokar od jakiejś ważnej persony (chciała być anonimowa) to symboliczny chleb uformowany na kształt krzyża.

    Premier Węgier w przemówieniu na placu Kossutha pod parlamentem powiedział do swoich oraz Polaków i Litwinów: rządy i państwa zachodnie nie będą naszych narodów uczyć, co to jest wolność. Orban przypomniał hasło sprzed 150. lat: A mi és a ti szabadságotokért! – Za naszą wolność i Waszą! i dodał, że Węgry nigdy nie będą kolonią Unii Europejskiej […] bo moi rodacy są bojownikami o niepodległość. Dziesiątki tysięcy ludzi stłoczonych na placu i w okolicznych uliczkach reagowało spontanicznie na każdą, poruszaną ze swadą, kwestię przez swego przywódcę – od śmiechu po gromkie brawa. Polacy wznosili okrzyki: Orban zamiast Tuska!

    Wracaliśmy do kraju następnego dnia – po drodze rzuciliśmy okiem na ichni naddunajski Kazimierz Dolny, urocze miasteczko o proweniencji serbskiej noszące nazwę Szentendre (Święty Andrzej). Potem, zgodnie z apelem „Gazety Polskiej Codziennie”, ekonomicznego wspierania bratanków, nakupiliśmy win (tokaj i egri bikaver obowiązkowo), dorzuciliśmy do koszyków paprykę jabłkową faszerowaną kwaszoną kapustą, papryczkowe sosy, salami, miody akacjowe z puszty, „mimetyczne” (kopiujące rzeczy) marcepany… Podczas jazdy śpiewaliśmy i nuciliśmy patriotyczne pieśni puszczane z płyt przez organizatora… Ale tak w głębi ducha mieliśmy emocjonalny mętlik w głowach: czy potrafimy pojąć jakiej rangi wydarzenie miało w Budapeszcie miejsce przy naszym współudziale?
    Ewidentnie władze węgierskie wyznaczyły nam długie, labiryntowe przemarsze przez duże kwartały miejskie – obolałymi stopami dawaliśmy świadectwo wsparcia dla nieco gasnącego liczebnie elektoratu Wiktora Orbana, borykającego się z szambem pozostawionym przez komunistycznych szubrawców. Z drugiej jednak strony ruszył pierwszy strumyk międzynarodowej solidarności ludzi sprzeciwiających się umacnianiu się jewrosojuza w kołchozowym stylu, który może wytrącić kamyk i sprokurować lawinę. Oby.

    Trzy nacje pamiętające dobry jagiellonizm, wzniosłą tradycję wspólnej unii personalno-historycznej, mimo języków praktycznie nieprzenikalnych wzajemnie, spotykają się teraz transgranicznie, by bez trudu odnaleźć się w zrozumiałym i klarownym komunikowaniu się za pomocą symboli: z przesłaniem chrześcijańskim, niedestrukcyjną tolerancją (odwrotną do głupoty tzw. poprawności politycznej), powrotem do uniwersalnych wartości opartych na prawdzie i dostrzeżeniu własnych korzeni.

    Dla Hunów z Brukseli to najpewniej groźny znak, a dla zdrajców i agentury rządzącej w Warszawie to już teraz duży problem, bo na nasze listopadowe obchody Święta Niepodległości mogą przyjechać w rewanżu patriotyczni Madziarowie – a wtedy sterowane odgórnie ewentualne prowokacje germanofilskiej antify nie da się łatwiutko i bezkarnie zamieść pod korzec bez międzynarodowego oddźwięku.

    Ech te języki z Wieży Babel i ich użytkownicy kochający wolność: zaprośmy więc do nas na 11.11 b.r. Greków i np. Estończyków – jak już zaczęliśmy na Węgrzech współczesną Wiosnę Ludów, to idźmy dalej i spóbujmy odnowy w Europie z zamysłem, że może to być Jesień (przynajmniej niektórych) Narodów.

    http://niepoprawni.pl/blog/1801/relacja-z-budapesztu-z-korusa-na-niezaleznej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s